Tak, ale..._logo

"Konstytucja nie nakarmi naszych dzieci i jest nudna.

To już Mrożek zauważył, że gdyby do konstytucji

wpisać słowo „k...”, może by ona kogoś zainteresowała."

Janusz Głowacki w GW 02.04.2017 r.


Autor jest wykładowcą Wydziału Prawa i Administracji na UAM

Część IV. Sen

  1. Zbliża się stulecie naszego Uniwersytetu i naszego Wydziału Prawa – a ja miałem niedawno zły sen. Oto, z cokołu na placu przed naszym Uniwersytetem, zdejmowano posąg naszego patrona. Wszystko było sprawnie zorganizowane: najpierw plac został formalnie wydzielony z gestii włodarzy Miasta Poznania, a potem zuchy z ochrony terytorialnej plac otoczyły tak skutecznie, że słowo „Konstytucja” i inne wulgaryzmy nie przeszkadzały w doniosłej uroczystości „wymiany” pomnika. Tak, śniło mi się, że na placu – Jego jeszcze imienia – był wielki tłum machający jakimiś drzewcami: ni to krzyżami, ni to procami, a może nawet były to krzyże przerobione na proce; przebijały się okrzyki: „niech żyje” i „santo subito”. Plac Mickiewicza zamienił się w panoptikum „Alternatywy dla Polski”: byli wszyscy – był poduszkowy, kapciowy, woreczkowy i taboretowy, był lokaj trzech drzwi, bajarz oraz człowiek od ścierania psiego moczu z butów dygnitarzy, był urzędnik ceremoniału i urzędnik ministerstwa pióra; był także oczywiście błazen i sam wyręczacz sądów.

            Na cokół po naszym patronie wciągnięto nowy pomnik odlany ze złota. Była to Wielka Postać, której nie mogłem rozpoznać. Pomogło mi w tym jakieś dziecko, które zaczęło krzyczeć, że przecież Bałwan jest nagi – co spowodowało, że posąg przepasano szarfą z orderami, od których zrobiło się jaśniej.

            Natenczas głos zabrał sam Naczdyrdup. Mówił bardzo donośnie i kręcąc się raz w lewo raz w prawo. Moi rodacy, mówił… jak długo można było tolerować na tym ważnym cokole pomnik człowieka o niepewnym pochodzeniu, tego, który w jednej ze swych broszur zeznał, że to nie Polska jest jego ojczyzną i wychwalał piękność w całej ozdobie innego państwa członkowskiego; tego który tęsknił do jakichś pagórków i łąk rozciągnionych nie nad Wisłą tylko nad błękitnym Niemnem. Który pisał coś o jakichś dziadach, stepach akermańskich, kurhanach, którego interesował jakiś Bakczysaraj, bajdary, Czatyrdah, a poza tym jego sonety wydane zostały po raz pierwszy… tak proszę Państwa – w Moskwie. Drodzy rodacy, mówił dalej: a czy powinno się przejść do porządku dziennego nad tym, że on wyraźnie namawiał młodych Polaków do niesubordynacji, bo przecież tylko tak można rozumieć hasło: „gwałt niech się gwałtem odciska, a ze słabością łamać uczmy się za młodu!” – czy nie jest to podsycanie i „wywoływanie anarchii”?

            Jest chyba oczywiste, że miejsce takiego człowieka (wielkiego poety, jak chcą niektórzy) – który na dodatek umarł na jakąś zagraniczną chorobę – powinien zająć Polak Prawdziwy, nasz Wielki Namiestnik Wolności, bo przecież – jeżeli w ogóle o kimś – to tylko o nim można powiedzieć, że nazywa się milion i ma na imię czterdzieści cztery.

            Naczdyrdup mówił także o innych ważnych sprawach tak mądrze, że, to co wcześniej już powiedział, musiał na nowo powtarzać – tak, że w końcu wszystkim się zdawało, że to echo grało, a to on mówił jeszcze.

            Gdy wreszcie skończył głos zabrał nijaki Poczdyrdup – sławny z tego, że zrobił karierę z milionera do pucybuta Wielkiego Przywódcy. Podkreślał z naciskiem, że przecież to jest nasz Bałwan, który odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa i że ten pomnik się nam po prostu należy. Ten Bałwan – ciągnął dalej – „jest na skalę naszych możliwości. (…) My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo”. Dodał zarazem koncyliacyjnie, że w pewnym sensie rozumie on protesty tych, którzy lubią wierszyki, bo on sam kiedyś też pisał wiersze i nawet niektóre były publikowane chyba w „Płomyczku” albo „Świecie Młodych”.

 

  1. Pomnik był wielki swoją wielkością, mądry swoją mądrością, jasny swoją jasnością, dobry swoją dobrocią – i gdy w pewnej chwili (już w półśnie), a trwało to ułamek sekundy, moje spojrzenie spotkało się z jego – to zrozumiałem: „czymże ja jestem przed Jego obliczem?”

            Tak – zobaczyłem w nim Ojca naszego, Ojca naszego który jest, i z Nowogrodzkiej świeci bramy; i jego jest wola. I ani chleba naszego powszedniego, ani igrzysk nam nie żałuje. I odpuszcza winy tylko tym, którzy jemu odpuszczają. I wodzi prawników na pokuszenie srebrnikami i sidłami nowej nomenklatury. Ale za to nas zbawia, już teraz na ziemi – na tej ziemi – budując prawdziwą wyspę wolności i demokracji. Wyspę, na której będzie wreszcie prawie i sprawiedliwie, ponieważ o składzie sądu będą decydować prokuratorzy.

            Wyspę dla prawdziwych Polaków, którzy na apel „czyńcie ją sobie poddaną” odpowiadają eliminacją drzew, zwierząt i różnych innych. Wyspę dla tych, którzy, świętując narodzenie swojego polskiego Boga, mają zawsze przygotowany talerz dla swojego wędrowca, dla wędrowca białej rasy, a nie dla jakiejś – obsiadłej być może pierwotniakami i pasożytami – Syryjki bądź Żydówki z dzieciątkiem. Wyspę, na której pasterz nie pozostawia złudzeń, co do rozumienia sojuszu ołtarza i tronu… i swoim owcom i baranom tłumaczy, że [cytuję] „boleśnie powróciły w ostatnim czasie wypowiedzi, że w Polsce rządzi konstytucja, a nie ewangelia, że konstytucja ma iść przed ewangelią”.

 

  1. Jak już się zbudziłem, przypomniało mi się, że znanemu aktorowi na myśl o tej wyspie wolności podobno ręce opadły tak nisko, że, zrywając truskawki, nie musi się już schylać. Natomiast zwyczajny Polak, zwyczajny człowiek, zwyczajny profesor prawa UAM – który chciałby się do tego odnieść jak najkrócej – sięga po brzmienie telewizyjnego sloganu reklamowego i mówi, że na myśl o tej „wyspie” – chce mu się, a może lepiej, że zbiera mu się na „RZ”…”.

Amen



e-mail kontaktowy: takale@interia.pl