Tak, ale..._logo

"Konstytucja nie nakarmi naszych dzieci i jest nudna.

To już Mrożek zauważył, że gdyby do konstytucji

wpisać słowo „k...”, może by ona kogoś zainteresowała."

Janusz Głowacki w GW 02.04.2017 r.


Heliodor Muszyński

Te ręce…

Wygląda na to, że uwikłani w grzech pedofilii kapłani i ojcowie polskiego Kościoła zupełnie zapomnieli o Bogu

 

W umysły tysięcy współcześnie żyjących ludzi, wierzących (różnie) lub niewierzących, ale przecież nieobojętnych na co rusz zdarzające się w Kościele katolickim przypadki seksualnego wykorzystywania przez jego kler dzieci i nieletnią młodzież, wdrukowuje się stopniowo i utrwala taki obraz: oto duchowny podstępnie zwabia do swego domu, lub innego ustronnego miejsca, dziecko, którego ciało (bo przecież tylko ono jest dla niego ważne) czyni przedmiotem zaspokajania własnej pożądliwości. Dzieje się to zwykle w porze wieczornej lub nawet nocnej, a rankiem następnego dnia kapłan, który nie zdołał jeszcze do końca ochłonąć po niedawnych igraszkach, musi teraz skupić się, bo przecież czeka go obowiązek odprawienia porannej mszy. Nieświadomi niczego wierni nazywają ją „świętą” i szukać będą w niej duchowego wsparcia, pocieszenia lub nadziei. W tej potrzebie ducha nabożnie przyjmą ciało Chrystusa z rąk namiestnika samego Boga.

Te grzeszne czyny kapłanów, a dramaty ich dziecięcych ofiar, najczęściej giną, jak pokazują to raz po raz wydobyte na światło dzienne przypadki, w mrokach milczenia. Tylko niekiedy, i zwykle dopiero po latach, zdarza się, że jakaś bezbronna ofiara księżowskiej chuci podnosi nieśmiały i cichy głos pełen cierpienia, rozpaczy czy – rzadziej – żalu i protestu. Kiedy dochodzi on wreszcie do uszu postronnych i przebije się przez mur niewiary i zaprzeczania (dzieciak niezdrowo fantazjuje!) lub pełnej uwielbienia bogobojnej ufności duchownemu (kapłan, święta osoba, jest poza wszelkimi podejrzeniami), dopiero wtedy sprawa staje się gorszącym wydarzeniem.

A potem, kiedy czytamy lub słyszymy relacje o takich wydarzeniach, uwaga wszystkich: tych, którzy o tym donoszą, wychowawców i opiekunów pokrzywdzonych dzieci, ewentualnych sędziów, ale także postronnych ludzi, kiedy sprawa wychodzi na jaw, skupia się na owych maluczkich, wobec których dopuszczono się tak okrutnego cielesnego i duchowego gwałtu. Nie oni jednak są przedmiotem współczucia i żalu czcigodnych ojców Kościoła. Ci bowiem najczęściej (z nielicznymi tylko wyjątkami) o wiele bardziej troskliwie skupiają się na sprawcach tych grzesznych czynów wznosząc modły i wołania o miłosierdzie dla nich. Czasem zresztą zdejmują z nich ciężar zła, obwiniając same dzieci za popełniony grzech („rozerotyzowany dzieciak prowokował biednego kapłana!”).

Taki sposób myślenia najwyraźniej ujawnił się w oświadczeniach polskich biskupów na temat właśnie ogłoszonej statystyki przestępstw pedofilii popełnionych przez kapłanów w minionych kilkudziesięciu latach. Według podanych z maksymalną oszczędnością liczb (bo brano pod uwagę wyłącznie przypadki zgłoszone przez ofiary do biskupów), 382 duchownych dopuściło się grzechu seksualnego wykorzystania 625 nieletnich ofiar. Jeśli nawet pominąć to, że najwyraźniej mamy tu do czynienia z prawdziwym wierzchołkiem góry lodowej ogromu krzywd wyrządzonych naszym dzieciom, to te i dalsze dane, a zwłaszcza sposób ich interpretacji przez członków Episkopatu, rysują prawdziwe oblicze hierarchicznego Kościoła w Polsce. W swych wypowiedziach biskupi nie tyle skupiają troskę na pokrzywdzonych, co na sprawcach. Nie zabrzmiały w nich (jeśli wyłączyć głosy kilku sprawiedliwych) ani słowa potępienia krzywdzicieli, ani żalu za popełnione przez nich grzechy, ani też współczucia dla setek pokrzywdzonych dzieci – nie mówiąc już o prośbach o wybaczenie. Czcigodni ojcowie Kościoła pochylają się natomiast nad sprawcami, którzy według nich tak bardzo potrzebują modlitwy i miłosierdzia.

A tych potrzebujących jest niemało, bo, jak się okazuje, aż trzy czwarte winowajców pozostaje nadal w stanie duchownym. To ci, o których grzesznych czynach ich biskupi dotąd wiedzieli, ale pomimo to uznali ich za godnych dalszego kapłaństwa. Toteż świadomie ich chronili, przenosząc zwykle do nowych parafii, gdzie, wolni od oskarżeń, mogą nadal uprawiać swój grzeszny proceder. I nie jest to bynajmniej mowa o czymś, co już minęło. Z nader skromnego w fakty raportu, jaki opracował i ogłosił episkopat, wynika jasno, że spora część sprawców, a przecież wciąż mówimy jedynie o przypadkach ujawnionych, sprawuje nadal swą kapłańską „posługę”.

Spójrzmy więc prawdzie w oczy. A jest ona taka, że oto w polskim Kościele katolickim wciąż mamy do czynienia z tym, że pewna część jego kapłanów to osoby obciążone najcięższym grzechem, bo grzechem krzywdzenia maluczkich.

W tej całej, jakże zresztą rzadkiej w polskim Kościele, ekspiacji, jaka następuje po każdym takim wydarzeniu, uwaga większości Namiestników Kościoła w niewielkim stopniu koncentruje się na krzywdzie, jaką wyrządzono owym maluczkim. Rzadko też pojawia się w ich wypowiedziach słowo „ofiara” odnoszone do owych małych, bezbronnych i jakże samotnych istot, które w swej głębokiej ufności zdały się na łaskę i dobrą wolę kapłana.

Ale kiedy mowa o krzywdzie zadawanej dzieciom przez duchownych, przychodzi na myśl słowo „ofiara” w jeszcze innym znaczeniu, znaczeniu dziwnie pomijanym milczeniem. Idzie tu o ofiarę, jaką kapłan składa Bogu, odprawiając mszę zwykle określaną jako „święta”. Wszak w myśl nauki Kościoła katolickiego jest msza „bezkrwawym sprawowaniem ofiary krzyża Chrystusa w postaci modlitwy”. Rola kapłana sprawującego eucharystyczną liturgię składania ofiary nie ogranicza się jednak wyłącznie do modlitwy, w której prosi on Ducha Świętego o zaniesienie właśnie składanej tym aktem ofiary na najwyższy ołtarz w niebie. Odprawiający mszę kapłan dokonuje swymi rękami niezwykłego aktu: konsekracji, a więc rzeczywistego (substancjalnego) przeistoczenia chleba i wina w ciało i krew Chrystusa. A potem, trzymając w rękach ciało i krew Chrystusa, przechodzi do końcowej czynności rozdzielenia wiernym ciała chrystusowego, które wcześniej sam spożył (komunia kapłańska).

Od wiernych przyjmujących w czasie mszy ciało Chrystusa wymaga się, oczywiście, aby byli w stanie łaski. Tylko pod tym warunkiem ich ofiara może zostać przyjęta przez Boga. Powstaje jednak pytanie, czy stan ten dotyczy także ich kapłana – jeśli jest on obciążony tak ciężkim grzechem. To, że wielebni ojcowie Kościoła uznawali i, jak się okazuje, wciąż nadal to czynią, podległych sobie kapłanów za godnych tego, aby swymi rękami (tymi rękami!) dokonywali najważniejszego w liturgii Kościoła aktu przeistaczania chleba i wina w ciało i krew Chrystusa i aby podawali je wiernym, ma swoistą wymowę i musi budzić zastanowienie. Okazuje się bowiem, że w ich mniemaniu ważniejsze są ziemskie realia obrzędu niż jego duchowy symboliczny wymiar i sens. Liturgia składanej Bogu ofiary, jaką zawiera msza, zostaje formalnie spełniona. Ale troska o to, aby ta ofiara została zaniesiona przed tron Boga i przez Niego przyjęta, jest dziwnie obca wielu wielebnym ojcom Kościoła. Widać to najwyraźniej w słowach, w jakich odnoszą się do grzesznych czynów podległych im kapłanów. Bóg jest w ich słowach nieobecny! Nie myśli o Nim hierarcha, który oznajmia, że podejmie decyzje wobec sprawcy, kiedy zapadnie wyrok ziemskiego sądu. Myśl, że popełniony ciężki grzech obraża Boga, jest w tym wszystkim nieobecna. Tak dalece, że nie ma nic przeciwko temu, aby skalane grzechem ręce sprawcy zanosiły ofiarę przed tron Najwyższego.



e-mail kontaktowy: takale@interia.pl